Newsletter


 

Debata

Wiktor Marzec, Agata Zysiak: Praca nie płaca - gliniane nogi kultury

Należy rozwijać i wspierać działania trzeciego sektora. To organizacje pozarządowe są przyszłością kultury, pomocy społecznej, społeczeństwa obywatelskiego. Przekazywane im są obowiązki dawniej realizowane przez  państwo jako sprawniejszym, znającym lokalny kontekst, bardziej efektywnym. Prawda jest jednak taka, że organizacje pozarządowe są po prostu tańsze, ponieważ w dużej mierze ich działalność oparta jest na nieodpłatnej lub nie w pełni płatnej pracy. Pracy, która wraz z profesjonalizacją sektora z pasji zmienia się często w wyzysk.

Na temat przemian pracy powiedziano dużo i nie jest ma tu miejsca na ich szersze przypomnienie. Poza zmianą charakteru pracy, jej przedmiotu, wytworu czy narzędzi, pojawiła się jeszcze jedna ważna zmiana. Rośnie udział pracy bezpłatnej. Istniała ona zawsze, ukryta w różnych kontraktach, umowach i posługach. Bez płacy odbywała się praca domowa kobiet, pańszczyźniane posyłki, bratnia pomoc w kooperatywach robotniczych. Już tu widzimy rozwarstwienie tych rodzajów pracy, które i dziś, choć przemieszczone zdają się stanowić oś problemu. Praca nieodpłatna stała się nie tyle marginesem, który pomaga wymknąć się twardym ramom pracy zarobkowej, stała się rzeczywistą przestrzenią realizacji zarówno nas samych, jak wytwarzania różnego rodzaju wartości.

Praca nieodpłatna przybiera rozmaite formy. Wszelkie rodzaje wolontariatu stają się istotnym czynnikiem w gospodarce krajów rozwiniętych. Większość organizacji sektora kultury i sfery społecznej opiera się w mniejszym lub większym stopniu na nieodpłatnej pracy. Od okazyjnych „pomocników” po fanatycznych liderów utrzymujących się z innych źródeł, ale poświęcających siebie dla organizacji. Nawet pracownicy firm, zachęcani są do podejmowania pracy de facto wolontariackiej. Kultura korporacyjna stara się też wytwarzać nowe modele zaangażowania, które motywują pracowników do wydajniejszej i niżej płatnej pracy.

Przemiany ruchów społecznych i „hobbystycznych” działań w „organizacje pozarządowe” przyniosły oczywiście ich postępującą profesjonalizację i pewien udział pracy odpłatnej. Udział ten jest jednak znikomy, a przemiany zacieśniły jednocześnie kleszcze reżimu projektowego myślenia tak, aby funkcjonować trzeba działać „na pełen etat” (na poziomie czasu i zaangażowania). Etatu tego jednak nie ma i nie będzie - warunki strukturalne wymuszają długotrwałe utrzymywanie takiego stanu przejściowego. To co miało być wyjątkiem, staje się regułą i warunkiem funkcjonowania ekonomii kultury, a zatem istotnej części „społeczeństwa wiedzy”. Jak wiemy różnorakie problemy niesione przez elastyczność i prekarność pracy dotyczą przede wszystkim wszelkich rodzajów stowarzyszeń i fundacji. Ich personel pracuje „społecznie”, za darmo lub za niskie stawki i na krótkotrwałe umowy. Pracownicy pozbawieni są większości zabezpieczeń społecznych, składek rentowych i emerytalnych, wynagrodzenia nie umożliwiają stabilizacji w kluczowym okresie życia (w tej sferze pracują głównie ludzie w wieku reprodukcyjnym, nie mający jeszcze własnych mieszkań itd.) i odbierają możliwość planowania w perspektywie szerszej niż bieżący projekt.

Wytwarza się nowy reżim pracy, nowe sposoby upodmiotowienia pracownika, odmienne sploty etosu i dyscypliny, inne niż te dotychczas obowiązujące w biznesie. Imperatyw zaangażowania i poświęcanej energii połączony z rynkową skutecznością i efektywnością, rodzą trudny do realizacji ideał działacza/pracownika, zawieszonego między niewyalienowaną pracą a wyzyskiem, życiem-dziełem a wypaleniem.

Nie bez znaczenia pozostaje społeczny wymiar pracy także zawieszony między kooperatywą zaangażowanych emocjonalnie osób, nieuchronnie budujących silne relacje, a luźnym zbiorem zarządzających sobą koordynatorów/kuratorów/ekspertów konkurujących o głodowe wynagrodzenia. Nie są to dwa przeciwstawne modele, ale splot dwóch zasad organizujących jedną rzeczywistość. Korporacyjny HR może pochwycić i przejąć sposoby wytwarzania identyfikacji z projektem, dążenia do celu, stymulowania silnych więzi w pracy  zespołowej czy wytwarzać iluzję gratyfikacji pozafinansowej, która łagodzi nowe formy wyzysku. Dodatkowym elementem jest jeszcze  obietnica osobistego sukcesu i nadzieja na awans do coraz szczelniej zamkniętej grupy tych, „którym się udało.” Przeważnie będzie to obietnica niespełniona, ciągle jeszcze jest jednak skuteczna w motywacji i dyscyplinie.

Wiemy doskonale jaka jest sytuacja wszystkich podobnych inicjatyw. Jakkolwiek byłyby oddolne, by zafunkcjonować na większą skalę muszą zagrać w tę grę. Pozyskiwać granty, prowadzić księgowość, rozwijać się i „profesjonalizować”. Muszą angażować coraz więcej czasu na niekoniecznie ekscytującą pracę podtrzymującą organizacyjną strukturę, żeby trwać. Jest to w zasadzie nie do zrobienia w czasie wolnym od poza organizacyjnej pracy zawodowej czy akademickiej, która zresztą też jest coraz bardziej elastyczna, czasochłonna i absorbująca, kolonizująca kolejne obszary życia.

Powstają zatem formy hybrydyczne, częściowe formy projektowego zatrudniania, różne „śmieciowe” wynagrodzenia za dzieła i zlecenia. Zaangażowanie nie jest już „czyste”, nie można go uzasadniać przed sobą i innymi (pewnie nigdy nie można było, ale teraz już nawet nie ma jak udawać) ideą, którą chce się realizować czy rozpowszechniać. Nie wiadomo kto ma do tych skromnych finansowych gratyfikacji pierwszeństwo; czy ten, który wykonuje prace niewdzięczną czy ten, który ma unikalne kompetencje, ale działa na wyżynach kreatywności i uznania? Momentalnie wkradają się mechanizmy niesione przez podział pracy i jej odpłatność, ale w zdeformowanej przez specyfikę sektora formie.

Jeśli uznamy konieczność tych procesów, to czy najbardziej ukrytą i najgroźniejszą formą wyzysku nie jest właśnie praca nieodpłatna realizowana kosztem dużych wyrzeczeń, w imię mglistej idei i etosu wspólnotowej pracy? Czy nie trzeba zaakceptować reguł i włączyć w ich ramy swoją działalność i walczyć o pełną profesjonalizację i możliwe opłacanie pracy. Zamienić stowarzyszenie/fundację w firmę, tylko z innym wpisem w KRSie? Czy broniąc sektora przed urynkowieniem, naiwnie nie zauważamy, że już się ono dokonało, ale w jakże perfidnej i nieoczywistej formie?

Czy w tej sytuacji są jeszcze jakiekolwiek marginesy, alternatywy, furtki pozwalające na wymknięcie się tej logice? Czy możliwa jest nieskapitalizowana praca, wytwarzanie wiedzy i kultury, która się „nie liczy” a „ma znaczenie”? Jeśli tak, to gdzie wyznaczyć granicę, jak unikać zakamuflowanego wyzysku, który jest tak ideologiczne zmistyfikowany, że nie rozpoznaje go ani wyzyskiwany ani wyzyskujący (jeśli w ogóle dzisiaj możliwe jest jasne zidentyfikowanie takich podmiotów)? Nie ulega wątpliwości, że właśnie taka nieodpłatna praca we wszystkich swoich odsłonach jest warunkiem funkcjonowania późnego kapitalizmu i przyczynia się wymiernie do wytworzenia cyrkulującej w nim wartości. Może więc jasne sprzeciwienie się jej jest jedynym wyjściem. A zatem odmowa darmowej pracy? A może rozłam na czysto hobbystyczną pracę i profesjonalne organizacje działające na podobieństwo firm, choć realizujące nierentowne przedsięwzięcia kulturalne (w opozycji do rozrywkowych, z których żyć można całkiem nieźle)?

Tymczasem, opierając na tak ukształtowanym sektorze rozwój kultury, nie zajdziemy daleko. Na razie nie widać realnej alternatywy, a społecznikom pozostaje szamotanie się między pasją a pensją, logiką pracy zarobkowej a działań hobbystycznych, relacjami towarzyskimi a zawodowymi. Do czasu aż sprzeczności systemu nie staną się bardziej widoczne, ale i bardziej groźne.


Wiktor Marzec (ur. 1985) – socjolog i filozof, doktorant w Instytucie Socjologii UŁ. Redaktor czasopisma Praktyka Teoretyczna (www.praktykateoretyczna.pl). Współtworzy Klub Krytyki Politycznej w Łodzi.

Agata Zysiak (ur. 1985) - łodzianka, doktorantka w Katedrze Kultury Instytutu Socjologii UŁ, współzałożycielka i przewodnicząca Stowarzyszenia Topografie (www.topografie.pl)

TAGI

polityka kulturalna      ngo