Newsletter


 

Jarosław Suchan: O roli publicznych instytucji kultury i przemysłach kreatywnych

Chciałby pan mieszkać w mieście, które jest centrum przemysłów kreatywnych?

Jarosław Suchan
: Mam problem z pojęciem „przemysły kreatywne”, bo wiąże się z ekonomizacją kultury. Z drugiej strony, miasta, w których tak zwane przemysły kreatywne funkcjonują, są chyba miastami dobrymi do życia. Ten rodzaj gospodarki zdaje się stanowić najmniejsze zagrożenie dla środowiska naturalnego, nie szpeci krajobrazu tak bardzo jak inne, poza tym, przyciągając pewien rodzaj ludzi, tworzy ciekawszą i bogatszą strukturę społeczną. Podsumowując: tak, chciałbym mieszkać w mieście przemysłów kreatywnych; nie chciałbym natomiast mieszkać w mieście, którego kreatywność widoczna jest tylko na billboardach.

Richard Florida wskazuje atrakcyjność miejsca jako jeden czynników kluczowych dla kreatywności. Jest pewna specyfika życia miejskiego wyznaczana między innymi przez przestrzenie publiczne i tzw. życie kawiarniane. Pod tym względem Łódź wypada chyba nie najlepiej…

To prawda. Można się uśmiechać mówiąc o społecznej funkcji kawiarni, ale to ponoć w kawiarniach rodziły się największe rewolucje, nie tylko artystyczne. Jakość przestrzeni publicznej zależy również od istnienia takich miejsc, jak kawiarnie, ogródki kawiarniane, kluby. To dzięki nim, ma się ochotę wyjść z domu, chce się przebywać „w mieście”. To są miejsca nawiązywania i wzmacniania relacji społecznych. Odwiedza się je w przekonaniu, że albo się w nich spotka swoich znajomych, albo spotka się ludzi, których po prostu chciałoby się spotkać. Takich miejsc w Łodzi prawie nie ma. Działają „Owoce i Warzywa”, może jedno czy dwa takie lokale więcej, ale jak na miasto tej wielkości to jest nic.
Lubię Łódź ale muszę przyznać, że mieszka się tu ciężko. Łódź jest miastem zaniedbanym, co tylko częściowo może być usprawiedliwione ekonomicznymi trudnościami. Dla mnie, nie tylko z racji tego, czym się zajmuję, szczególnie dotkliwa jest zapaść kulturalna. Uważam, że również od stanu kultury zależy komfort życia w mieście, chociaż nie w tym sensie, w jakim coraz częściej się o tym myśli. Dzisiaj dominuje myślenie o kulturze jako środku, przy pomocy którego można stymulować procesy ekonomiczne – i dopiero w ten pośredni sposób wpływającym na nasze życie. Wartość kultury widzi się w tym, że może kreować pozytywny wizerunek miasta, ożywiać ruch turystyczny czy napędzać rozwój przemysłów kreatywnych. Nie ma poczucia, że kulturę należy rozwijać, bo po prostu jest jednym z czynników decydujących o jakości ludzkiego życia. Tak samo ważnym jak bezpieczeństwo, dostęp do opieki zdrowotnej czy czyste środowisko naturalne.

Czy jest szansa, żeby Łódź stała się przykładem gospodarki kreatywnej?

Tak, ale pod jednym warunkiem: że zamiast wymyślać kolejne gadżety i hasła promujące „Łódź kreatywną”, zacznie się wdrażać mechanizmy, które rzeczywiście ludziom z pomysłami ułatwią ich realizację. Chodziłoby o stworzenie całego systemu finansowych, prawnych i administracyjnych zachęt, dzięki którym Łódź stałaby się najlepszym miejscem do tworzenia tego rodzaju biznesów. Jeśli jednak wszystko będzie się obracało wokół PR-u i jeżeli skupimy się na udowadnianiu, że Łódź już teraz jest centrum przemysłów kreatywnych, to nic z tego nie wyjdzie. Miasto ma pewien kapitał, który predestynuje je do stania się takim centrum. Chociażby wspaniałe tradycje przemysłu filmowego albo łatwy dostęp do atrakcyjnej i niedrogiej przestrzeni pofabrycznej, ulokowanej – co ważne - w samym centrum miasta. Ale, póki co, jest to kapitał wykorzystywany w stopniu minimalnym.

Rozmawiamy w kontekście Regionalnego Kongresu Kultury dla Łodzi i województwa, który ma na celu rozpoczęcie dyskusji dotyczącej sytuacji kultury w naszym regionie. Jakby Pan zdiagnozował największe problemy i punkty krytyczne, o których trzeba rozmawiać?

Najważniejszą sprawą jest rzetelna diagnoza istniejącego stanu. To, co zostało zrobione chociażby przy okazji tworzenia aplikacji ESK2016, trudno nazwać taką diagnozą. Obraz rzeczywistości prezentowany przez tamten dokument wydaje się mocno podkolorowany. To wyraz myślenia życzeniowego. A musimy zobaczyć rzeczywistość taką, jaka jest, inaczej nie będziemy w stanie przygotować odpowiednich środków zaradczych. To jest problem, który dostrzegam także w związku z wdrażaniem strategii promocji Łodzi jako miasta przemysłów kreatywnych. Już teraz widać próby idealizowania sytuacji, udowadniania na siłę, że przemysły kreatywne w tym mieście kwitną. Jakie tego mogą być konsekwencje? Chociażby konkluzja, że skoro jest tak dobrze, to po co wprowadzać tu jakiekolwiek zmiany? A więc, po pierwsze, należy sobie powiedzieć prawdę o tym, jaki jest faktyczny.

A jaki jest?

Nie najlepszy. W porównaniu z innymi miastami w Polsce o podobnym potencjale, życie kulturalne jest w Łodzi dosyć ubogie. Mówię tu o ilości wydarzeń, ale przede wszystkim o ich jakości i wadze. Ile łódzkich wydarzeń ma zasięg ponadlokalny? Ile inicjatyw kulturalnych związanych z Łodzią jest rozpoznawalnych poza tym miastem? Ile stanowi magnes zdolny przyciągnąć do nas mieszkańców innych miast i regionów? Ile zauważają ogólnopolskie media, czy te masowe, czy te specjalistyczne, zajmujące się kulturą? Niestety niewiele. I to jest, niestety, fakt. Inny – to słabe uczestnictwo w wydarzeniach kulturalnych samych łodzian. Dopiero konfrontując się tymi faktami, możemy zacząć zastanawiać się nad tym, co robić. Pytania są następujące: jak pobudzić kulturalną aktywność łodzian, jak doprowadzić do tego, żeby pojawiły się w tym  mieście nowe inicjatywy i jak sprawić, żeby zaczęły one wnosić do kultury oryginalne jakości? W tym kontekście powinniśmy przedyskutować chociażby miejsce edukacji kulturalnej w szkołach publicznych, kondycję szkolnictwa artystycznego w Łodzi, działalność tutejszych instytucji kultury czy politykę grantową lokalnych władz.

Jak środowisko, które zbierze się na Kongresie mogłoby oddziałać na to, aby te postulaty rzeczywiście zostały wysłuchane? Z jednej strony chodzi o wyrażenie swojej opinii tak by uzyskała ona pewną słyszalność, a z drugiej strony żeby ktoś zaczął tego słuchać…

Głos naszego środowiska na ogół jest słabo słyszalny. Jednakże przykład społecznego ruchu Obywateli Kultury, pokazuje, że można doprowadzić do sytuacji, w której decydenci czują się zmuszeni nie tylko do tego, aby nas wysłuchać ale także, aby publicznie złożyć istotne deklaracje. Mam tu na myśli „Pakt dla kultury”, zaproponowaną przez OK umowę społeczną, w której władze państwowe zobowiązały się do podjęcia działań zmierzających do poprawy stanu kultury w Polsce. Myślę, że warto to doświadczenie przenieść z poziomu ogólnopolskiego na lokalny. Łódzki Kongres mógłby zakończyć się podpisaniem podobnego paktu. Taki dokument określałby, co powinno się w obszarze kultury zmienić 
i w jakiej perspektywie; definiowałby pewną wizję polityki kulturalnej Łodzi i regionu.

Wspomniał Pan o jakości oferty kulturalnej. Jakość można postrzegać jako kategorię wykluczającą, bo wymagającą posiadania wysokich kompetencji kulturowych. Jak Pan widzi w tej kwestii misję Muzeum Sztuki wobec miasta? Często słyszy się opinię, że Muzeum świetnie funkcjonuje na arenie krajowej, międzynarodowej, a w Łodzi trafia w próżnię…

Nie sądzę, by trafiało w próżnię, skoro z roku na rok publiczność Muzeum się zwiększa i głównie stanowią ją łodzianie. Oczywiście, frekwencja nie jest oszałamiająca, ale to wiąże się z bardziej ogólnym problemem, czyli z nieprzygotowaniem polskiego społeczeństwa do odbioru sztuki nowoczesnej. W Polsce generalnie tego rodzaju twórczość cieszy się znacznie mniejszą popularnością niż bardziej tradycyjne i bardziej oswojone formy kultury. Nawet w Warszawie, gdzie potencjalnych odbiorców sztuki nowoczesnej jest najwięcej, frekwencja w Zachęcie, choć całkiem niezła, ma się nijak do frekwencji w Muzeum Powstania Warszawskiego. To pokazuje, gdzie lokują się zainteresowania szerokiej publiczności. A w Łodzi pod tym względem jest jeszcze gorzej, co wiąże się z kulturową pauperyzacją tego miasta. Jeżeli więc coraz więcej łodzian nie boi się odwiedzić Muzeum Sztuki, to tylko dzięki wytężonej i systematycznej pracy edukacyjnej, którą się w tym miejscu od lat prowadzi.
Wspomniał Pan o wykluczającym aspekcie jakości, związanym z dzieleniem ludzi, na tych, którzy dzięki treningowi kulturowemu potrafią rozpoznać i docenić jakość, oraz na tych, którzy tego nie potrafią, bo wyrastali w środowiskach nie pozwalających na wykształcenie tej umiejętności. Ten wykluczający moment rzeczywiście istnieje. Pytanie tylko, co w takiej sytuacji powinny robić publiczne instytucje kultury? Czy dlatego, że są publiczne – czyli ich właścicielem jest społeczeństwo – powinny odpowiadać na już istniejące zapotrzebowanie większości? Moim zdaniem, absolutnie nie, ponieważ oznaczałoby to zaspokajanie nie tyle „autentycznych”, „naturalnych” potrzeb społeczeństwa, ile gustów kształtowanych przez mass media. W ten sposób instytucje publiczne tylko umacniałyby władzę mass mediów nad naszymi pragnieniami. A chyba nie to jest ich misją. Ja tę misję postrzegam jako zadanie uspołeczniania jakości. Mówiąc najprościej: nie chodzi o dostosowywanie się do poziomu masowych potrzeb, ale o docieranie do masowego odbiorcy z tym, co naszym zdaniem, może się dla niego okazać ważne i wartościowe. Czy on tę ofertę przyjmie, czy nie, to już inna sprawa. Naszym obowiązkiem jest ciągle próbować.

Jak bronić dokładania do kultury? Szczególnie w sytuacji, kiedy zmienia się relacja między sferą kultury a resztą życia społecznego, zwłaszcza ekonomią, gdzie dominują pojęcia „gospodarki kreatywnej” czy „przemysłu kultury”.

To ciekawe, że akurat od kultury wymagamy, żeby ciągle się z tego „dokładania” tłumaczyła. A co z armią, policją, służbą zdrowia, edukacją? Do tych dziedzin państwo, my wszyscy, również dokładamy, i czy zastanawiamy się nad tym, jaki to ma sens ekonomiczny? Jeżeli godzimy się na to, żeby państwo finansowało te dziedziny z naszych podatków, to przecież nie dlatego, że liczymy na ożywienie w ten sposób gospodarki narodowej. Po prostu – chcemy żyć bezpiecznie, zdrowo i zdobywać wiedzę niezbędną do poruszania się we współczesnym świecie. Z tych samych powodów powinniśmy uznać konieczność „dokładania” do kultury. Jest ona niezbędna do tego, żeby człowiek mógł prawidłowo funkcjonować, żeby jego życie było pełne.

Podejmowane są próby wprowadzania rozwiązań, które spowodują, że szkolnictwo czy służba zdrowia będą na siebie zarabiały. Podobnie jest ze sferą kultury.

Rzeczywiście, coraz bardziej widoczne są w Polsce próby podporządkowania całej rzeczywistości regułom ekonomii. Wiąże się to z politycznym kursem, jaki został w Polsce przyjęty po 89 roku i jaki był kontynuowany przez kolejne rządy niezależnie od ich ideologicznych barw. Myślę tutaj o absolutyzowaniu gospodarki i wolnorynkowym podejściu do wszystkich dziedzin ludzkiego życia. Nie jest to jednak jedyny możliwy sposób ujmowania rzeczywistości i my niekoniecznie musimy się na niego godzić.

Jaka jest funkcja współczesnej instytucji kultury?

Myślę, że w końcu zaczęto dostrzegać użyteczność instytucji. Rzecz w tym, jak będziemy definiować użyteczność. I tu wracamy, niestety, do tematu ekonomizacji kultury. W instytucjach widzi się przede wszystkim turystyczne atrakcje i narzędzia miejskiej czy regionalnej polityki promocyjnej. Owszem, to prawda, że dobrze działająca instytucja, z atrakcyjnym i wartościowym programem, buduje korzystny image miasta czy regionu i sprzyja rozwojowi turystyki. Ale to nie powinien być jedyny czy zasadniczy sens jej istnienia, chociażby dlatego, że cele te znacznie skuteczniej daje się osiągnąć przy pomocy innych narzędzi. Np. Manufaktura przyciąga do Łodzi dużo więcej ludzi niż mogłaby to uczynić najlepsza nawet instytucja kultury. Sens istnienia instytucji kultury, moim zdaniem, leży gdzie indziej. Mianowicie: w uspołecznianiu tego, co publiczne i w stwarzaniu przestrzeni, w której zdarzenie kulturalne ma szansę stać się wydarzeniem społecznym. To pierwsze zadanie widać najwyraźniej w takiej instytucji jak muzeum. Zbiory, jakie posiada muzeum, stanowią część domeny publicznej. Misją muzeum jest więc, zaledwie i aż, sprawianie, żeby ta własność rzeczywiście służyła jej właścicielom i wzbogacała ich doświadczenie egzystencjalne.
To drugie zadanie wiąże się z faktem, że gesty kulturowe nabierają różnego znaczenia w zależności od kontekstu, w jakim się pojawiają. Czym innym będzie na przykład kontrowersyjna manifestacja artystyczna dotykająca takiego lub innego społecznego tabu w prywatnej galerii, a czym innym w publicznym muzeum. W tym pierwszym przypadku łatwo całą sprawę sprowadzić do kwestii indywidualnych upodobań właściciela, w tym drugim – gest taki siłą rzeczy zyskuje wymiar społeczny i staje się potencjalnie zaczynem publicznej debaty. I to jest chyba najważniejsze w działalności takiej instytucji.

Jarosław Suchan (ur. w 1966 r. w Krakowie) – historyk sztuki, krytyk i kurator. Od 2006 r. dyrektor Muzeum Sztuki w Łodzi. W latach 1999-2002 kierował Galerią Bunkier Sztuki w Krakowie, przekształcając ją w jedno z najbardziej dynamicznych miejsc na artystycznej mapie Polski. W 2002 roku przyjął funkcję zastępcy dyrektora CSW Zamek Ujazdowski w Warszawie, a w 2005 również funkcję głównego kuratora.
Objąwszy kierownictwo Muzeum Sztuki, przeprowadził gruntowną reformę tej instytucji, przeobrażając ją w nowoczesne muzeum, w którym z jednej strony próbuje się aktualizować tradycję historycznej awangardy, z drugiej – podejmuje aktywny dialog z współczesnością. Pod jego kierownictwem Muzeum powiększyło się o nowoczesny obiekt wystawienniczy, ms2, powstały w wyniku rewitalizacji dziewiętnastowiecznej przędzalni.
Laureat Nagrody Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego za rok 2009.

 Rozmawiał Łukasz Biskupski. Opracowała Anna Ciarkowska.


TAGI

polityka kulturalna      przemysły kreatywne      instytucje      Łódź