Newsletter


 

Piotr Bielski: Łódź – czas na rewolucję wyobraźni!

Łódź, pomimo głośnej i wyróżniającej się w Polsce kampanii Europejskiej Stolicy Kultury odpadła w przedbiegach z rywalizacji. Jakkolwiek, jak chyba każdemu z zaangażowanych mieszkańców miast wyeliminowanych, zdarzyło mi się narzekać na niejasne kryteria wyboru czy po łódzku na odwieczną niechęć warszawskich elit do miasta ochrzczonego w czasach PRL-u mianem „złego”. Jestem jednak optymistą i zwolennikiem przekuwania porażek w sukcesy. Wydarzenie to zwiastować może początek końca pewnego snu o tym, że wielcy tego świata dostrzegą i pokochają Łódź i droga, elitarna „kultura, która się liczy” (w euro) będzie procentować. Teraz nadszedł moment dla mieszkańców i władz Łodzi, który można wykorzystać w kierunku ponownego przemyślenia wizji miasta. Nie będziemy „stolicą kultury”, więc czy trzeba postawić na sport w formie megadotacji dla dużych klubów sportowych? Czy kontynuować dotychczasowe działania zmierzające do budowania marki miasta przemysłów kultury, tak jakby nic się nie stało? A może spojrzeć prawdzie w oczy, dostrzec zasoby jakimi miasto dysponuje i odważyć się marzyć o mieście kultury przyjaznym ludziom a nie tylko dumnym z kilkunastu festiwali?

Choć władze miasta i moi serdeczni znajomi, zwolennicy Łodzi schludnej i kulturalnej, mogą mieć mi to za złe, uważam, że trzeba to przyznać: pomimo istnienia tu kilku instytucji kultury na europejskim poziomie, Łodź jest miastem semi-peryferyjnym, mocno naznaczonym biedą, alkoholizmem, bezdomnością. Tak w terapii indywidualnej, jak i terapii miasta, akceptacja tego, co jest to pierwszy warunek zmiany. Pod względem wskaźników jakości życia (średnich i niskich jak na Polskę) ze względu na malejącą, lecz ciągle trzecią w Polsce liczbę mieszkańców, w sam raz Łódź pasuje na stolicę Polski B, nota bene alternatywną stolicę Polski. Słowem, transformacja ustrojowa w Łodzi to nie jest żadne success story. Ba, jak pokazują wyniki najnowszych badań biedy zespołu prof. Waryzwody-Kruszyńskiej z Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź charakteryzuje się wyższymi wskaźnikami biedy niż reszta miast w województwie i oferuje najgorsze warunki do rozwoju biednej młodzież.

Jeśli chodzi o drobny biznes, który świadczy o atrakcyjności miasta, to w Łodzi co chwila powstawały ciekawe sklepy – z czekoladą, zdrową żywnością czy stylowe herbaciarnie tworzone przez odważnych bezrobotnych, którzy uwierzyli w ten system i odbyli szkolenia, dostali dofinansowanie z urzędu lub Unii i...zbankrutowali po kilku miesiącach. „Bo rynek tak chciał” - takie epitafium można by napisać na smutnych opuszczonych księgarniach, przyjaznych herbaciarniach czy sklepie czekoladowym. Na dodatek nie jest to przypadek, że to chyba jedyne miasto, w którym powstały trzy salony z dopalaczami na jednej krótkiej ulicy i właśnie tu zaczęło swe ekspansje imperium rzekomego „Króla Dopalaczy”. Co więcej, co róg widać salonik z jednorękimi bandytami, a liczne „Źródełka” wytryskują z tej ubogiej w wodę ziemi, jak nigdzie indziej, urządzają się coraz nowe „Bimberki” i „Kapselki”. Jedyny optymistyczny akcent, jeśli chodzi o rodzaj powstających sklepów, to najlepsza chyba w Polsce dostępność dobrych piw regionalnych, ale to że u nas tak łatwo o Ciechana jak u innych o Fulla Mocnego jeszcze miasta kultury nie czyni. Lumpeksy, niekiedy ku pewnemu estetycznemu zgorszeniu klas średnich, trzymają się tu lepiej niż sklepy z markową odzieżą, a po opanowaniu ulic Centrum, wkroczyły na główną ulice miasta.

Ciągle jest to miasto, w którym kolejne roczniki wrażliwych studentów będą pisać prace o jego melancholii, a młodzi filmowcy uwieczniać rozpad miasta, może nie tak spektakularny jak na miarę Detroit, ale jak na Europę Środkowo-Wschodnią znaczący. Plakaty uśmiechniętych studenciaków z akcji Młodzi w Łodzi wydawały mi się zawsze nieszczere w konfrontacji z tym co ciągle słyszę od moich znajomych, którzy ciężko pracują w fabrykach czy marketach i z trudem znajdują na jedzenie i czynsz. Jest to miasto raczej w wersji slow - do spoczynku i picia kawy, nie ma tu za czym biegać, wiem, że przesadzam ale od lat czuję, że ludzie spieszą się jedynie na poranne pociągi do Warszawy lub ze spuszczoną głową zmierzają do pracy, za którą dostają grosze („tak jakby mi ktoś w twarz splunął” jak mówił o swojej wypłacie bohater „Dnia Świra” ). Artykuł Tomasza Piątka stanowi nieco egzaltowaną, lecz w dużej mierze trafną ilustracje ubogiej i chorej Łodzi jednocześnie śniącej o przyjściu bogatych „Wspanialców” 

Niemniej w trakcie 4 lat trwania kampanii Łódź ESK 2016 sporo się zmieniło w moim mieście, które jak wierne dziecko lub dobry rodzic, kocham szczerze i bezwarunkowo. Po pierwsze, powstał ruch miłośników miasta wierzących w jego lepszy los. Choć kwestia może dotyczyć kilkuset lub w porywach maksymalnie kilku tysięcy mieszkańców, pojawił się trend na lubienie tego miasta, poznawanie jego historii, eksplorowanie jego tajemnic, którego ilustracją były tysiące ludzi chodzące na spacerowniki, wszechobecne koszulki i magnesy z logami Łódź ESK2016, a nawet kilkaset osób które się gromadziło w przededniu ogłoszenia decyzji by wyrazić swoje poparcie. Pojawiło się więcej festiwali i lepszy system informacji o wydarzeniach kulturalnych, a nawet kilka ciekawych pikników w miejscach o rodowodzie robotniczym mających zainteresować także ideą ESK 2016 ludzi wykluczonych z kultury. Wreszcie, pojawiła się inna opowieść o Łodzi, którą zdarzało mi się niekiedy słyszeć w Warszawie czy Wrocławiu, że Łódź się zmienia, że są ciekawe festiwale.

Ale pomimo ciekawej i momentami mocno egalitarnej kampanii hasło konkursowe Łodzi „®EWOLUCJA WYOBRAŹNI” było dla mnie sztandarem, pod którym trudno mi było stanąć, jakkolwiek „kibicowałem” mojemu miastu. Jak wyjaśniają sami autorzy aplikacji, „Copywriterski znaczek ®” miał wskazywać na patenty jakie tutaj powstaną stworzone przez tzw. przemysły kultury czyli np. mody, designu. Widać było wyraźnie inspiracje twórców aplikacji Richardem Floridą i jego książką „Narodziny klasy kreatywnej”, czuć było chęć przyciągnięcia do Łodzi tolerancyjnych, utalentowanych, obeznanych z najnowszymi technologiami i zasobnych nomadów. Koncepcja ta stanowi krok naprzód w stronę eschatologii biznesowej ery industrialnej – wiary w wielki kapitał poprzedniej ekipy rządzącej odwołanego w referendum prezydenta Kropiwnickego, która niestety nie zgasła wraz z jego odwołaniem. Kropiwnicki, choć sam uczył ekonomii na uniwersytecie, zdawał się nie dostrzegać zmian w systemie produkcji i wykazał się naiwnością, pokładając nadzieje na lepszy los tego miasta w lojalności wielkiego kapitału przemysłowego. Oprócz korporacji przemysłowych, prezydent wierzył również w „Camerimage gang” jak żartobliwie określał swoją ekipę Marek Żydowicz – człowiek który trzymał w szachu prezydenta, regularnie publicznie strasząc go zabraniem z miasta prestiżowego festiwalu, o ile ten nie wpompuje dodatkowych potężnych środków z miejskiej kasy w festiwal i jego wątpliwe przedsięwzięcie biznesowe: nowe centrum Łodzi, które przywiezione w walizce z Ameryki zastąpiłoby to stare skazane na powolną agonię. Mając preferencje dla wielkich eventów, były prezydent zorganizował kilka drogich koncertów – wydatki na koncert sylwestrowy z Dodą czy Placido Domingo znacząco przekraczały sumę, którą Wydział Kultury dostawał w czasie roku na otwarte konkursy dla organizacji i instytucji kultury.

I tak w cieniu powstających wielkich pomników, blaszanych fabryczek i marketów, Łódź przechodziła i przechodzi proces degradacji i proletaryzacji głównej ulicy miasta Piotrkowskiej i centrum. Ekskluzywne sklepy przeniosły się do centrów handlowych, zwłaszcza Manufaktury, której będący prywatną własnością rynek urósł do rangi głównej przestrzeni publicznej miasta. Na Piotrkowską zawitały ku zgorszeniu klas średnich sklepy z odzieżą używaną i budki z kurczakami. Z Piotrkowskiej znikają księgarnie, sklepy, domy towarowe, znane restauracje, pojawia się coraz więcej pustostanów. Akcja artystyczna Łódź Biennale 2010 ukazała możliwości zaadaptowania tej nieprawdopodobnej ilości pustostanów na potrzeby sztuki, w zrujnowanych i zaśmieconych kamienicach gdzieniegdzie umieszczono projektor lub grafiki, ludzie przebijali się między gruzami by doświadczyć sztuki.

Niestety moje miasto ciągle żyje snem o nowej Ziemi Obiecanej, że biznes zacznie się kręcić i zajmie frontowe lokale, że na miejsce najstarszej księgarni wejdzie w końcu jakiś bank lub choćby w łódzkim, semi-peryferyjnym wydaniu centrum kredytów -chwilówek. Przedstawiająca dla tej wizji pewną alternatywę zespoły Sztabu Piotrkowskiej i inicjatorzy ®ewolucji z Łódź Art Center stawiają na preferencje czynszowe dla butików z modą, jakkolwiek lepszą i ciekawszą, to ciągle propozycje z wyższej półki chcąc nastawić się na upper middle class. Ale moim zdaniem te butiki z modą byłyby trochę fałszem przykrywającym prawdziwe oblicze ulicy, po której błądzi tylu ludzi dotkniętych traumą miasta. Istnieje bowiem ta Łódź uboga, o której wielu mówi z pogardą, Mnie obca jest pogarda dla innych ludzi, a bliska postawa obecna np. w książce Arnolda Mindella „Cienie miasta” wskazująca, że ludzie stwarzający „problemy” są ważną częścią miasta, niosącą istotną informacje dla całości jego mieszkańców.

Moja wizja Łodzi to tworzenie miasta egalitarnego i pro-społecznego, nastawionego na człowieka. Jakkolwiek na poziomie haseł brzmi to populistycznie, wytłumaczę dokładnie o co mi chodzi.

Chciałbym aby miasto udostępniło dawne księgarnie i puby organizacjom społecznym, które miałyby ciekawy pomysł na ich zagospodarowanie, a nawet aktywnie uczestniczyło w badaniu potrzeb na rodzaj strefy społecznej, która mogłaby powstać w tym mieście. Dobrego przykładu udzielił Uniwersytet Łódzki, udostępniając w tym roku Stowarzyszeniu „Topografie” nieużytkowaną część dawnego kina Prexer na stworzenie Miejskiego Punktu Kultury. Wyobraźmy sobie, że nagle w zimnej i smutnej przestrzeni po księgarni na Piotrkowskiej przy Zielonej ktoś postawi piecyk, kilka foteli, regał z ciekawymi książkami dostępnymi na miejscu i półkę do book-crossingu i będzie serwować darmową herbatę każdemu kto tam zawita, także bezdomnym. Taki punkt, w którym każdy mieszkaniec miasta i przyjezdny jest mile widziany niezależnie od zawartości jego portfela. Póki co, prasa celuje w nagonce na bezdomnych, a ci czekają aż otworzy im się wrota śmietników.

Kolejna liczna grupa to młodzież zagrożona wykluczeniem społecznym, niekiedy paląca odkąd zaczęła mówić, korzystająca z dopalaczy i kradnącą. Pracując kilka lat w centrum Łodzi poznałem wiele dzieciaków, które czują się odrzucone przez to miasto, również te które chodzą mazać, tagować i sprayować elewacje kamienic z Piotrkowskiej „by tam było tak brzydko jak u nas”. Ważną formą docenienia ich byłoby oddanie któregoś z lokali przy głównej ulicy jako punktu rozwijania pasji i czasu wolnego, gdzie mogliby miksować, grać na bębnach czy tańczyć break dance. Miejsce gdzie mogliby szaleć i tworzyć je, będąc stopniowo włączanym w jego prowadzenie.

Tomasz Piątek rzucił ideę stworzenia w Łodzi Europejskiej Stolicy Skłotów – zamiast liczyć na przypływ do Łodzi tych co mają dużo euro na koncie, postawmy na artystów lokalnych, ale i też międzynarodowych, których obecnie wyrzucają ze skłotów władze Berlina czy Amsterdamu. Tych, dla których kultura musi się liczyć w euro, przekonać możemy teorią Richarda Floridy, że niosący twórczy ferment tolerancyjny, międzynarodowy i artystyczny element napływowy (tzw. bohemians) to podstawa rozwoju kreatywnego miasta w nowej gospodarce. Miasto nastawione nie na pomoc wielkiemu kapitałowi i patenty lecz na tworzenie miasta dobrego i przyjaznego, oznaczałoby poważne zmiany. Tym którzy myślą ekonomicznymi kanonami, powiedziałbym, że chodzi o nastawienie na kapitał ludzki i społeczny i możliwe wykorzystanie istniejących zasobów, zamiast oczekiwania napływu zasobów z zewnątrz.

Chciałbym, że moje miasto wspierało tworzenie kultury typu copyleft, egalitarnej, dostępnej dla wszystkich. Może też staniemy się transition town, pierwszym polskim miastem które w ślad za licznymi brytyjskimi czy amerykańskimi spróbuje zredukować swoje emisje CO2 i uzależnienie od ropy? Takie kierunki rozwoju jawią mi się jako ciekawe wyzwania stojące przed Łodzią: zając się „cieniami miasta” (bezdomnymi, alkoholikami) i wykazać się solidarnością na europejskim poziomie, powalczyć o zaludnienie pustostanów, rozwój oddolnych działań artystycznych, twórczy ferment, zieleń i niskobudżetowe rozwiązania. Domyślam się, że krytycy powiedzą: no fajnie, ale kto to sfinansuje? Uważam, że wszystkie punkty społeczne przy Piotrkowskiej – powinny być w znacznej części finansowane z pieniędzy miejskich i tak koszty utrzymania kilku-kilkunastu punktów społecznych byłyby niższe niż dotychczasowe wydatki na promocję miasta w postaci reklam i klipów. Za to zyski jakie by przyniosły w zakresie poprawy wizerunku miasta, zainteresowania ludzi i mediów byłyby ogromne, nie wspominając o dodatkowych korzyściach takich jak wzrost bezpieczeństwa (niedawny sondaż wskazał, iż 97% mieszkańców Łodzi uznaje poprawę bezpieczeństwa za główny priorytet. Ostatecznie zamiast sprzedawać dobrego wizerunku na wyrost, poprawiłby się realny poziom życia w mieście, co mogło by również przyciągnąć łatwiej przemysły kreatywne, wielki świat mody i sztuki. Zgadzam się, że moda plus Łódź w wersji copyright i miasto prospołeczne mogą się świetnie dogadać. I podkreślmy, tworzenie miasta prospołecznego i egalitarnego, dążącego do pojednania ze swoimi cieniami, to rozwiązanie copyleft, niech inne miasta je kopiują do woli, a będziemy żyć w nieco lepszym świecie.

 

Piotr Bielski – socjolog, doktorant w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego, animator działań społeczno-kulturalnych, współtwórca Fundacji na Rzecz Kultury Żywej „Białe Gawrony”. 

 

 

TAGI

ESK 2016      ngo      prawo do miasta      przemysły kreatywne      polityka kulturalna